|
401. Dom. Brnąc przez śnieg przez kilka pośledniejszych ulic naszego wspaniałego miasta chyba ze trzy razy zaczepiali mnie panowie z ulotkami. Wszyscu jak jeden mąż ubrani - stosownie do pogody - w cieniutkie ortalionowe kurteczki z logo szkół policealnych, gdzie za parę złotych można w rok kupić jakiś papierek, a i przed armią można było wcześniej się przechować... Cieszę się, że jeszcze wyglądam na młodzież uczącą się, a prawda pewnie jest taka, że nie wyglądam, ale taki człowiek musi trochę tych ulotek po 2-5gr/szt. rozdać, by dostać choć parę złotych... A swoją drogą może i nie byłoby tak głupio zapisać się do takiej szkoły i poszerzyć horyzonty? To chyba Czechow pisał, że mądry to ten, który się uczy, a głupi - ten co... naucza. ostrydyzur 2010-01-11 14:36:04 skomentuj (3) 400. Dom. Ledwie zaczął się ten nowy rok i człowiek mozolnie (po 10 latach!) uczy się nie pisać dwóch zer po dwójce w dacie, a już za moment pierwsze dziesięć dni spadnie z nowego kalendarza (a kalendarz mamy piękny w latoś - z wakacji na południu)... 2009 jakoś przemknął mi w tempie pozwalającym ledwo przyzwyczajać się do nowych miesięcy nim się kończyły. Święta i przełom roku niekajgorsze. Na cztery dni świąt zamknęliśmy się we trójkę w domu i praktycznie nie opuściliśmy go. Taki zresztą był plan, a przeziębienie Małej_E i zatoki Żony_A tylko pomogły je zrealizować... Było spokojnie, bez tradycyjnego przejedzenia i przemęczenia nieustającymi odwiedzinami bliższej i dalszej rodziny. A że cała rodzinka się poobrażała, że nie przyjechaliśmy? To nic. Tanio kupiliśmy sobie cztery dni spokoju... Sylwester i Nowy Rok pracowite, ale grunt to nastawienie: jeśli założysz sobie, że jedziesz na dwa dni ciężkiej harówki, to nic cię nie zaskoczy. A jeśli zdarzy się - jak nam w tym roku - całkiem spokojny Nowy Rok z kilkoma tradycyjnymi "wczorajszymi" urazami i dosłownie kilkoma chorymi chorymi, to uważasz że jesteś na wakacjach. W Sylwestra równie tradycyjne szycia, szycia, szycia, ale gdy przez cały dzień nie przychodzi ani jeden kaszlak (dwie półtrzeźwe mamusie pojawiły się z dzieciątkami gdy już niemal świtało noworocznie, więc to się chyba nie liczy?!), to można szyć jak Singermaschinne... Tak mógłbym pracować zawsze... I nawet z corocznego zestawy "zachowowań sylwestrowych" pojawiła się wprawdzie dama uczulona na pasemka na włosach i dziecko oparzone kawą, ale zabrakło nam samobójstwa, które rokrocznie daję się w tej dacie przewidzieć niemal pewnie. Widocznie w innym powiecie... Dwuktorne z rzędu spędzenie Sylwestra na Pogotowiu i Izbie Przyjęć szpitala w Mieście_D uświadamia mi, że żadne tam dyżury świąteczne - tylko Sylwester! To, co działo się u kolegów właśnie na dyżurze w drugi dzień Bożego Narodzenia wolę pominąć milczeniem, bo to horror jakiś - taki trzeci-czwarty dzień wolnego (w tym wolnego i dla lekarzy rodzinnych)... Jedynym zaś moim prawdziwym lękiem podczas porannego noworocznego przemieszczania się między jednym a drugim dyżurem (jakieś 15-20 km w kompletnej, świeżuteńkiej bieli) było to, by w jadącym z naprzeciwka (cztery czy pięć mijanek o tak abstrakcyjnej poze!) nie spotkać się z jakimś dwupromilowym kierowcą. Stąd też już z daleka przyglądałem się klasie jazdy każdego kolejnego mijanego pojazdu... Nawet jeśli był gdzieś jakiś dwu- czy trzypromilowiec, to szczęśliwie się umiknęliśmy. Czego i czytelnikom nieustannie życzę. ostrydyzur 2010-01-07 02:02:29 skomentuj (5) 399. Klinika. Na odprawie: - I jeszcze na koniec chciałbym podziękować kolegom, którzy przez całą kliniczną wigilię przesyłali mi MMS-y z fotkami frykasów i lampek wina - kończę raport. - Czyżby kolega współdyżurny nie przyniósł panu jakiegoś poczęstunku? - dopytuje się szef - Przyniósł, przyniósł, ale ja mówię o czasie tych dwóch godzin, kiedy to czekałem na tą przepyszną kaczuszkę... - A alkohol jakiś też przyniósł? - szef rozwesela towarzystwo - No nawet jeśli z jakimś wyszedł z lokalu, to do szpitala z niczym nie dotarł... - udaję zmartwienie - Ziąb taki był po drodze... - kończy odprawę rzeczony kolega ostrydyzur 2009-12-18 00:45:00 skomentuj (4) 398. Klinika. Po ciężkim dyżurze jednym i drugim oraz dwóch pół-nockach spędzonych na przygotowaniu prezentacji czuję się tak, jak wówczas, gdy sam już czułem, że pracuję zbyt wiele: zmęczony. A w domu dla odmiany pochorowane dziecko i na domiar wszystkiego drogi w mroku i mżawce z korkiem bez powodu. Zmęczenie. Zupełnie jak kiedyś. Teraz to jednak po prostu ciężki tydzień a nie permanentny stan na miesiące... Z czterech najbliższych dni trzy mam wolne i to mnie trzyma w kupie... ostrydyzur 2009-12-03 01:06:37 skomentuj (2) 397. Pogotowie_2. W jakiś tam międzynarodowy dzień ierowców (czy ofiar ruchu drogowego) pędziłem rano na dyżur na złamanie karku. Zaspałem - drugi raz ciągu tych kilku lat pracy w Mieście_D. I pokonałem trasę w tempie, którego sam się wstydzę. W ciągu dyżuru dwa wyjazdy do wypadków drogowych (obrażenia niemal żadne przy kompletnie rozbitych autach!). Coraz gorzej z tym moim podróżowaniem; coraz bardziej nie lubię jeździć. Ten wieczny pośpiech... ostrydyzur 2009-11-18 22:54:35 skomentuj (6) 396. Pogotowie_2. Po odprawieniu do domu ostatniego podpitego rowerzysty (o tej porze trudno o trzeźwego pacjenta, ale nic w tym nowego) spróbuję położyć się na chwilę, nim kolejny rowerzysta nie wjedzie nocą na polną drogę... A jutro rano spakuję się szybciutko i włączę na drogę do domu jakąś fajną płytę. We środę rano pojadę nie do pracy w klinice a na dzień wolnego do domu. I będę w nim około 8.00, gdy moje panie będą się właśnie budziły ze snu. Fajnie jest mieć czasami taką niedzielę w środku tygodnia... ostrydyzur 2009-11-11 01:00:43 skomentuj (1) 395. Pogotowie_2. Spokojny zwyczajowo dyżur w środku tygodnia okazał się koszmarny i tragiczny. I nawet nie tylko chodzi mi o dwa wypadki skoro świt już u jego kresu (śniegu popadało i obie drogi wylotowe z Miasta_D zablokowane - nie mogłem w ogóle rano wyruszyć do pracy w Klinice!). Bardziej mam na myśli dwie nieudane reanimacje na jednym dyżurze... Bardzo się pilnuję, by nie wyrokować (a już w szczególności na głos - nawet dla kolegów), ale w obu tych przypadkach przystępując do resuscytacji miałem pewność niemal co do ich bezcelowości. W takich właśnie przypadkach trzeba się szczególnie pilnować (staram się!), by dać z siebie wzystko i zwłaszcza w obliczu pewnej niemal klęski nie ulec pokusie działań na pół gwizdka... Jeśli jednak jedzie się do maluteńkiego miasteczka gdzieś na odległe rubieże powiatu przez 20 minut, a na miejscu natyka się na nieprzytomnego (przez te 20-25 minut), który leży na wznak i ma usta po zęby wymiocin, to szanse na ratunek są niemal żadne. POdobnie jak wówczas, gdy podczas półgodzinnego pobytu na Izbie pacjentka żółknie a potem pomarańczowieje nam w oczach, hemolizie (rozpadowi) ulega cała jej krew i umiera krwawiąc zewsząd i dusząc się krwią. To ostatnie to wydarzenie jedno z najkoszmarniejszych nawet do pomyślenia w pracy lekarza stanów nagłych; wciąż czekam jeszcze na opinię patologa z sekcji, co też tak kobietę otruło (najprawdopodobniej)? Bo przecież nie mieliśmy w środku Europy do czynienia z gorączką krwotoczną chyba (zwłaszcza taką bez gorączki)? A gdzieś na świecie takie widoki mają na co dzień... ostrydyzur 2009-11-05 15:43:06 skomentuj (7) |
||||